Moje życie w Tantrycznej Świątyni #2

Moje życie w tantrycznej świątyni 2

Tantra i Czekolada.

– Luna, jak dobrze cię widzieć! – Calderia wybiegła mi na spotkanie.
Właśnie wróciła do nas po bytności w swoim domu w Szwajcarii. Ta żywiołowa, kolorowo ubrana blondynka  wprowadzała w naszą uporządkowaną świątynię bałagan, gwar i zamieszanie. I niesamowite, zielone ciepło.

– Chodź, mam dla ciebie czekoladę! No jak czekolada, to musi być czerwone wino!
Ta fuzja smaków, niesamowite połączenie czekolady z wytrawnym, czerwonym winem budziło moje pożądanie i zapowiadało niebo w gębie.
Siadłyśmy w moim pokoju ( u niej walał się stos nierozpakowanych waliz). Otworzyłam wino i zagłębiłam się w niczym nieograniczoną przyjemność. Moja rozkosz szybko przemieniła się w kompletną ekstazę. a dusza krzyczała i szeptała: JESZCZE!!!

– Ile masz tej czekolady?
– Dużo, starczy dla wszystkich, a wieczorem zrobimy czekoladowe fondue!

Aśram tonął w mroku. Dzwonki przy drzwiach ucichły, ostatni pielgrzymi odeszli i zostaliśmy sami.  Helleth przygotowała misę czekoladowej, lejącej się masy. Lamar przyniósł truskawki, kiwi i owoce granatu. Abigail dała pyszne winogrona, banany i pomarańcze, a ja i Samael zadbaliśmy o wino i piękne rzeźbione patyczki do nabijania owoców.
A potem rozsiedliśmy się na poduszkach na podłodze w kuchni. Za oknem zapadła noc.
– W Tantrze wszystko jest święte, a każda czynność jest modlitwą i rytuałem – odezwała się Helleth. Niech to czekoladowe cudo też będzie rytuałem. Proponuję zabawę i modlitwę, niech każdy kęs będzie w jakiejś konkretnej, głośno wypowiedzianej intencji. Chcecie tak?
– Jasne! Super pomysł!

Mistyka rozkoszy

Czerwone wino i misa z czekoladowym bóstwem krążyły między nami, niczym fajka pokoju. Wypowiadaliśmy pragnienia i intencje. Wyrażaliśmy potrzeby i marzenia. Znajdowaliśmy w sobie cele i ciche obietnice względem siebie, swoich bliskich i wobec podjętej drogi.
Było mocno i pięknie. Mistycznie i ciepło. I bardzo cudnie czekoladowo.

Nieerotyczna bliskość

W środku nocy Abigail delikatnie wsunęła się do mojego łóżka. Naga wlazła pod kołdrę i zaszeptała:
– Posuń się, chcę się do ciebie przytulić.
Posunęłam się, objęłam ją i cmoknęłam w to, co akurat znalazło się w zasięgu moich ust. Nie wiem, co to była za część ciała, bo nic nie widziałam w kompletnej ciemności.
Przytuliła się do mnie, wtuliła i znów zaszeptała:
– Bo ty tak cudownie przytulasz. W tobie jest taki bezgraniczny spokój i pewność… i zasnęła.

Lamar obudził nas rano kawą. Przywędrował z kuchni z kubkami pełnymi pachnącej, czarnej bogini. Podstawił nam je pod nos i zawołał ze śmiechem – Wstawać dziewczyny, bo zaśpicie do roboty!
Abigail wysunęła się spod kołdry miękkim, wężowym ruchem i z zamkniętymi oczami przyssała się do kubka z kawą, jakby to była ostatnia rzecz dostępna na ziemi. Ja wstałam szybko, jak zawsze natychmiast obudzona i trzeżwa. I gotowa do całodziennego działania.
– Co dziś mamy? Spytałam z kubkiem kawy w jednej ręce, i majtkami w drugiej. Ubierałam się w drodze do łazienki, jednocześnie układając swój dzisiejszy plan dnia.
– Masz 2 masaże i sesję bez konkretnego zapisu.
– Mężczyżni, kobiety?
– Na masaż intymny kobieta i mężczyzna, na sesję wprowadzenia w sex tantryczny nie wiadomo. Osoba niebinarna lub transpłciowa.
– Ok, to trzeba zmontować dobre śniadanie. Mamy steki?  

Tantryczne kwiaty

Kilka dni później

Szła po naszym ogrodzie. Zobaczyłam ją przez okno, gdy sprzątałam po ostatnim dziś masażu, zanosiłam prześcieradła do kosza na pranie. Szła wolno, oglądała kwiaty, niektórych dotykała. Była szczupła. Miała pomarańczową sukienkę, ciemną karnację, zmęczone ramiona i długie, piękne włosy. Jeszcze chwilę ją obserwowałam, a potem zeszłam do ogrodu i zaniosłam jej kubek soku. Popatrzyła na mnie speszona.
– Ja przepraszam, ale brama była otwarta i weszłam… urwała w połowie oddechu i popatrzyła niepewnie, nie wiedząc co dalej zrobić.
– Jak masz na imię? Chcesz się napić? Zapytałam, nie kryjąc rozbawienia całą sytuacją.
– Jona, mam na imię Jona. Chcę się napić, oj tak, bo gorąco, dziękuję! Upiła łyk i się uśmiechnęła. Bo ja tylko chciałam odpocząć, a tu jest tak pięknie. Popatrzyła przepraszająco, wypiła resztę soku i już chciała odejść.
– Dobrze, że przyszłaś, chodż, coś ci pokażę. I odpoczniesz. Wyciągnęłam rękę w zapraszającym geście i zaprosiłam ją do domu.

Poszłyśmy do naszej modlitewnej sali. Zaprowadziłam ją do przestronnej sali bez okien, w której jedynym meblem był ołtarz – katafalk. Przypominał nam o potrzebie teraźniejszości, świętej i czystej obecności i przemijającym czasie na bhakti. Na ofiarowanie swego życia bogom i Śakti. 

Dziś na ołtarzu palił się ogień, a pod nim stały kwiaty. Poza tym było pusto i cicho.
Na miękkiej podłodze można było siedzieć, leżeć, medytować, odpoczywać, tworzyć, modlić się, wznosić Kundalini, kochać się, lub robić wszystko inne, co służyło wznoszeniu tej świętej mocy.
Jona zdjęła buty i weszła do środka. Delikatnie usiadła na ziemi, a potem się położyła, zwinęła się w kłębek i objęła ciało ramionami.
– Czy możesz ze mną posiedzieć? W tej ciszy? Potrzebuję porozmawiać z Śakti we śnie.
– Mogę, maleńka. A co mam zrobić, jak zaśniesz?
– Przyniesiesz mi koc?

Nadszedł późny wieczór. Namoah i Helleth wróciły z miasta. Złapałam je przed wejściem. Były roześmiane, obładowane zakupami i świeżymi kwiatami na ołtarz. Wcisnęły mi wiecheć zielska w ręce, bo zwykle to ja układałam kwiaty w wazonach.
– Co się działo dobrego w dzień?
– Mamy kobietę w modlitewnej. Śpi w spokoju.
– Cudnie! To jeszcze dostanie kolację.

Poszłam układać kwiaty.

logo Kala Luna Temple

Kala Luna Temple - Wszelkie prawa zastrzeżone.

+48 884 394 568

info.kalalunatemple@gmail.com

Call Now Button
Facebook Instagram Youtube Linedin